“Bieda to stan umysłu” – jak viral inspiruje do tego, by porozmawiać o równości

Jakiś czas temu w programie Kuby Wojewódzkiego padło pytanie: „czy zgadzasz się z tezą, że bieda to stan umysłu?” Julia Wieniawa, choć później starała się wytłumaczyć, potwierdziła, że to stwierdzenie wydaje jej się czymś, z czym się utożsamia. Ta wypowiedź stała się natychmiast viralem. I nie bez powodu. W jej prostocie i prowokacyjności kryje się zarzewie gigantycznej dyskusji – o tym, jak rozumiemy biedę, szanse, role społeczne, ale też odpowiedzialność jednostki i wspólnoty.

Nie mam wątpliwości, że Julia nie chciała nikogo upokarzać. Jednocześnie w kraju, w którym mnóstwo ludzi ledwo spina koniec z końcem trudno się nie zgodzić, że to zdanie mogło przez niektórych być odebrane jako protekcjonalne.  Nastawienie, odwaga, wiara w siebie mają znaczenie. Też się z tym zgadzam. Czasem to właśnie one pozwalają komuś się podnieść. Jednocześnie kiedy mówi się o “stanie umysłu” i słucha tego ktoś, kto nie wie, jak zapłaci rachunki albo nie ma z kim zostawić dziecka, żeby iść do pracy, brzmi to… no sami wiecie jak…

Oczywiście część krytyków wskazała, że “bieda to stan umysłu” pomija setki realnych barier – brak dostępu do edukacji, zdrowia, kapitału społecznego, mechanizmów systemowych, które utrwalają nierówności. Ja nie chcę tego sporu uprościć, ale wykorzystam go jako klamrę do głębszego spojrzenia na to, co tak naprawdę mamy na myśli, gdy mówimy o równości? I dlaczego, mimo że świat czasem wygląda jak arena walki uważam, że warto dążyć do tego, by te szanse wyrównywać.

Równość to nie to samo, co “wszyscy mamy po równo” – czyli równość a równość szans

Często, gdy ktoś mówi „równość”, myśli „wszyscy mają to samo”. To jednak pułapka. Równość nie oznacza, że każdy dostaje identyczny kawałek tortu. Oznacza, że każdy ma szansę, by w ogóle usiąść do stołu i się poczęstować. Jedni zaczynają życie z gotowym zaproszeniem i sztućcami z rodzinnego serwisu. Inni stoją pod drzwiami, stukają, krzyczą i nikt im nie otwiera. O tym, żeby usiąść do stołu nie ma nawet mowy.

Dlatego programy, które wyrównują szanse, te wspierające kobiety, młodych przedsiębiorców, osoby z mniejszych miejscowości czy mniejszości są tak potrzebne.

Nie dlatego, że ktoś chce „na siłę dawać”. Ale dlatego, że przez lata wielu ludziom system czy rynek coś jednak odbierał. Że nie dopuszczał ich do stołu z tortem.

Umowa społeczna (czyli ten cichy kontrakt, że jednak gramy w jednej drużynie) istnieje też po to, byśmy nie zjedli się nawzajem.

Żebyśmy nie patrzyli tylko, kto szybciej dobiegnie do mety, ale też kto nie ma butów i czy może jest opcja, żeby mu pomóc skołować takie buty, w których będziemy mogli stanąć do wyścigu jak równy z równym. Z tym samym zapleczem.

Nierówność naturalna i strukturalna

Tak, część nierówności jest „naturalna”. Ludzie mają różne talenty, motywacje, wybory. Ale to tylko część obrazu. Druga część to nierówności strukturalne, czyli takie, które społeczeństwo, instytucje, historia, kultura i polityka wytwarzają i podtrzymują, jak na przykład:

  • geografia i infrastruktura: mieszkasz na peryferiach, masz gorszy dojazd do szkół i pracy (pamiętam swoje dojazdy do liceum PKS-em, oj pamiętam!),
  • zasoby społeczne: bogatsze rodziny mają lepsze sieci kontaktów, większy kapitał relacyjny, mogą zapłacić za korki z angielskiego dla swoich dzieci, czy wesprzeć je w wyjeździe na wymianę zagraniczną,
  • dyskryminacje (płeć, rasa, klasa, orientacja, niepełnosprawność) – niektóre grupy systemowo napotykają większe bariery. Nie każde miejsce pracy jest dostosowane do niepełnej sprawności, nie wszędzie panuje przyjazna atmosfera dla osób z mniejszości itd.

Jeśli więc ktoś powie “bieda to stan umysłu”, możemy zapytać – o jaką biedę chodzi? O jakim starcie mówimy? Czy mowa o jednostkach, które mają pełnię możliwości, czy o ludziach, którzy przez całe życie dźwigają ciężary systemowe?  Czy może o tych, którzy mają „świetny start”, a mimo wszystko „nie pozwalają sobie” na to, by osiągnąć „sukces”, rozwijać się i sięgać po dobrodziejstwa tego świata?

Dlaczego warto wyrównywać szanse? Argumenty, które do mnie przemawiają

  • Bo to nie jest “rozdawnictwo”, a inwestycja. W ludzi, w talenty, w przyszłość, w społeczeństwo, które ma sens.
  • Sprawiedliwość społeczna – to najbardziej intuicyjny argument. Jeśli ludzie nie zawinili temu, w jakich warunkach, przyszło im dorastać, np. nie mieli dostępu do edukacji, to sprawiedliwe jest, by system miał mechanizmy, które w jakiś sposób wyrównają takie deficyty.  Nie każdy startuje z tego samego miejsca. Wyrównywanie szans to przywracanie sensu słowu “uczciwość”.
  • Efektywność społeczna – talenty ludzi z „gorszym startem”, jeśli nie są odkryte lub wspierane, przepadają. To strata dla całego społeczeństwa. Patrząc na to czysto pragmatycznie wyrównywanie szans umożliwia lepsze wykorzystanie kapitału ludzkiego (a demografia jest, jaka jest!).
  • Stabilność społeczna – zbyt duże nierówności rodzą napięcia, frustracje, konflikty. Ludzie czują się tak, jakby „gra była ustawiona”. To może prowadzić do buntu, i populizmu. To jak napięcie w sprężynie. Prędzej czy później pęknie.
  • Zaufanie i społeczna spójność – gdy ludzie czują, że system jest chociaż odrobinkę uczciwy, że ktoś ich zauważa i wspiera, rośnie poczucie wspólnoty, solidarności. Umowa społeczna ma sens właśnie wtedy, gdy większość widzi, że działa nie tylko prawo dżungli.
  • Moralny obowiązek – jeśli jako społeczeństwo zgadzamy się, że człowiek ma godność, że los nie powinien być wyrokiem, to wspieranie jakiejś części społeczeństwa to wyraz tej godności.
  • Równość to nie rezygnacja z ambicji – niektórzy boją się, że gdy mówimy o wyrównywaniu szans, to chodzi o “równanie w dół”. Że nagle nikt nie będzie mógł się wyróżniać, zarabiać więcej, mieć lepiej. To nieprawda. Równość szans nie zabiera nikomu sukcesu. Po prostu daje innym szansę, żeby mogli mieć swój. Nie chodzi o to, by wszyscy doszli do tego samego miejsca. Chodzi o to, by nikt nie był skazany na przegraną, zanim w ogóle ruszy.

Programy wspierające widoczność kobiet i wsparcie rynku – co one robią i dlaczego są ważne

Kiedy mówimy o wyrównywaniu szans nie da się pominąć płci. Kobiety (i inne grupy niedoreprezentowane) często stoją za murem “obojętności systemu”.

Nie zliczę, ile razy miałam okazję rozmawiać z kobietami, które na kilka lat wypadają z rynku pracy z powodu macierzyństwa. Znam mądre, bardzo ogarnięte osoby, które mimo całego swojego potencjału po takiej przerwie nie są w stanie nadrobić straconego czasu. Każdy z nas chyba ma kogoś takiego w swoim otoczeniu. Z ogromnym podziwem patrzę na każdą taką osobę, która zaciska zęby i próbuje doskoczyć do poprzeczki, która podczas luki, która pojawiła się w jej w zawodowym życiorysie, została zawieszona w trakcie zawodów na rynku pracy naprawdę wysoko.

Wiele inicjatyw skupia się dziś na kobietach – mentoringi, programy rozwojowe, sieci wsparcia. Nie dlatego, że kobiety są biedne i trzeba im pomóc, tylko dlatego, że przez dekady ich głosy były słabiej słyszalne, a bariery strukturalne dotykały ich naprawdę mocno.

Co dają takie inicjatywy?

  • Przełamywanie stereotypów – “kobieta w branży IT” lub „kobieta w zarządzie” wciąż bywa odbierana jako wyjątek. Owszem duże firmy mocno pracują nad wyrównywaniem tego stanu (mam przyjemność w takiej pracować). Nie mniej poza pewną bańką życie toczy się starym, utartym schematem. Widoczność inspiruje i poszerza wyobraźnię tego, co możliwe.
  • Kapitał symboliczny – gdy widzę kogoś „takiego jak ja” na jakimś stanowisku, z pewnymi „sukcesami” (różnie rozumianymi), łatwiej mi uwierzyć, że to możliwe, abym to ja została programistką, ekspertką w zakresie cyberbezpieczeństwa, członkinią zarządu czy dyrektorką.
  • Korekta błędów lub niedociągnięć systemowych – jeśli w instytucjach czy kulturach firmowych dominują mechanizmy, które sprzyjają mężczyznom, to programy, które wyrównują szanse (np. odpowiednie podejście do rekrutacji, polityki równościowe) dają realny impuls zmian.
  • Efekt skali – kobieta, która dostanie wsparcie, może sama wspierać innych, budować sieci networkingowe.
  • Lepsze decyzje – zespoły zróżnicowane (płciowo, kulturowo) podejmują lepsze decyzje, są kreatywniejsze i bardziej odporne (oczywiście, jeśli potrafią ze sobą współpracować i korzystać z zasobów, które płyną za różnorodnością).

Takie programy są trampoliną. Nie gwarantują sukcesu każdemu, ale dają ludziom możliwość startu, którego inaczej by nie mieli.

Widoczność to nie fanaberia. To paliwo do odwagi. Bo jak widzisz kogoś takiego jak Ty, kto doszedł daleko, to coś w środku mówi “może ja też mogę?”. To samo dotyczy osób wchodzących na rynek pracy, osób z wieloletnim doświadczeniem, osób LGBT, ludzi z mniejszych miejscowości, z niepełnosprawnościami, itd. Każdy z nas potrzebuje czasem lustra, w którym widać, że i my jesteśmy częścią tego świata.

Umowa społeczna vs. prawo dżungli – jak pogodzić te światy?

Nie chcę romantyzować społeczeństwa jako utopii (choć w sumie bardzo bym chciała móc o nim myśleć tylko dobrze) – świat faktycznie często przypomina dżunglę. Silniejszy wygrywa, zasoby są ograniczone, konflikty realne. Proces. Wszystko to pewien naturalny proces.

Ale… Jesteśmy ludźmi. I elementem procesu kształtowania się społeczeństwa jako pewnej struktury może być właśnie pewna umowa między nami. Widzę to jako pewną ideę, która wypływa z obserwacji otoczenia, wrażliwości, człowieczeństwa, która mówi, że uznajemy pewne zasady, by wspólne życie było choć trochę mniej brutalne. Dziś, gdy świat jest sam w sobie tak mało przewidywalny, jakoś szczególnie wydaje mi się to ważne. Celem tej umowy jest stworzenie przestrzeni, w której człowiek nie jest sam przeciw wszystkim, ale jest częścią sieci wzajemnych powiązań i zobowiązań. Równość szans to pewien instrument umowy społecznej. Nie likwiduje całej konkurencji, nie eliminuje różnic, ale stara się, by start, los, przypadek nie decydowały za nas na całe życie.

Mówiąc inaczej – tak, świat czasem będzie brutalny. Ale możemy zdecydować, że nie będziemy dodawać do niego patologii i niesprawiedliwości, które sami możemy ograniczać.

Dlaczego się zgadzam, że warto wyrównywać szanse

  • Każdy z nas, nawet jeśli w niewielkim stopniu, ma jakiś wpływ. Ma wpływna rodzinę, na relacje, na lokalność, na to, jaki głos damy temu, kto jest pomijany. Wyrównywanie szans nie oznacza robienia z ludzi marionetek. Zawsze ostatecznie liczy się przecież ich wybór. Ale wyrównywanie szans daje im realną możliwość dokonywania jakiegokolwiek wyboru.
  • Dalekowzroczność. Dziś ktoś jest marginalizowany, jutro ten ktoś może być częścią Twojego zespołu, klientem, partnerem, sąsiadem. Inwestowanie w wyrównywanie to inwestowanie w lepsze jutro.
  • Prawo dżungli nie zawsze  działa. Ma swoje miejsce w naturze, w pewnych konkurencjach, w przedsiębiorczości. Jednak, gdy stosujemy je do całokształtu życia społecznego, pozostawiamy ludzi bez parasola. To może być nieracjonalne, bo stabilność wymaga minimalnego standardu życia, nadziei, szans.

Na koniec – prosto z serducha

W dyskusji wokół Juli Wieniawy i frazy „bieda to stan umysłu” nie spodziewam się, że jedna wersja zwycięży definitywnie. Ale myślę, że warto, byśmy jako społeczeństwo mieli przestrzeń, by mówić: tak, jednostka jest ważna, jej nastawienie, jej wybory. Ale też: tak, systemy, struktury, historia to nie mgła, to realne labirynty, w których ludzie często toną.

Wyrównywanie to nie chęć „równania wszystkiego do dna”. To raczej budowanie mostów tam, gdzie reszta ludzi widzi przepaść. To idea, która mówi, że wolność i sprawiedliwość mogą być bliżej siebie niż nam się wydaje. I, że nawet jeśli świat czasem rządzi prawo dżungli, nie musimy być dla siebie nawzajem wrogami. Nadal możemy się wspierać. W pewnych granicach. Z poszanowaniem siebie. I z uwzględnieniem innych.

I może właśnie o to chodzi w całej tej dyskusji o równości. Żebyśmy nie mylili siły z obojętnością, a sukcesu z pychą. Bo można biec szybciej i jednocześnie zatrzymać się, by komuś pomóc wstać. Bo choć czasem rządzi nami prawo dżungli, to przecież po coś wymyśliliśmy tę wspólnotę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *