Najczęstsze wpadki początkujących trenerów

Każdy trener ma na swoim koncie mniejsze lub większe wpadki. Co najczęściej gubi początkujących trenerów? Oto moje Top 10.

Słabe przygotowanie i postawa „jakoś to będzie”
Jest dzień przed szkoleniem. Wiemy doskonale, że nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Mamy sporo znaków zapytania. Program nie jest do końca przygotowany, a wydruki materiałów zostawiamy na rano. Zmęczeni, albo pewni tego, że skoro się na czymś znamy, to jakoś damy radę, po prostu odpuszczamy lepsze przygotowanie się do szkolenia i pocieszamy się myślą, że … „dobra, jakoś to będzie”.  Po czym stajemy kolejnego dnia przed grupą i okazuje się, że … a to instrukcja niejasna, a to jakiejś logiki w tym wszystkim brak, coś nam się rozłazi to wszystko, a grupa w sumie siedzi w telefonach i czeka końca. A my stoimy na środku sali i próbujemy gasić pożar za pożarem. A co, gdy dodatkowo jesteśmy niewyspani i nie zjedliśmy śniadania, bo przecież te materiały jeszcze trzeba było wydrukować? Po kilku godzinach takiego szkolenia z dużym prawdopodobieństwem mamy na koncie całą masę sytuacji trudnych, ciężkie dyskusje z uczestnikami i dość mocno nadszarpnięte poczucie pewności siebie.

Brak sprecyzowanego celu szkolenia
– Dzień dobry, poprosimy szkolenie dla naszego zespołu.
– Nie ma problemu, a z czego?
– Y… może, z negocjacji?
– Dobrze, robiłam wiele szkoleń z negocjacji, z przyjemnością coś dla Was zorganizuję.
Brak badania potrzeb szkoleniowych to jeden z poważniejszych grzechów początkujących trenerów. Przychodzi do nas „zamawiający” szkolenie, rzuca ogólny temat i prosi o warsztaty. Po 5 minutach rozmowy, stwierdzamy, że doskonale wiemy o co chodzi, bo już przecież robiliśmy podobne szkolenie. Nie padają z naszej strony żadne konkretniejsze pytania, nie wiemy, co ma być efektem szkolenia dla uczestników, a przede wszystkim nie wiemy, w czym tkwi problem, którego rozwiązaniem mają być nasze działania. Wynika to często z przekonania, że dobry trener powinien od razu wiedzieć i reagować w tempie ekspresowym na zgłaszane zapotrzebowanie. Efekt? Mijamy się z prawdziwymi potrzebami uczestników, którzy mają poczucie, że nie wiedzą, co robią na prowadzonym przez nas szkoleniu, wątpią w to, co mówimy, niechętnie wchodzą w ćwiczenia… Mówiąc wprost wszystko się z lekka sypie. A po szkoleniu idą do swojego przełożonego i mówią, że w sumie to nawet jeżeli było wesoło, to był to lekko stracony czas, bo nic z tego, o czym opowiadał ten trener nie da się zastosować w ich codziennej pracy.

Program szkolenia ważniejszy niż cel szkolenia
Mamy to. Dobry, przemyślany, fajnie ułożony program. Pełni dumy, wchodzimy na salę, runda zapoznawcza za nami, pierwsze ćwiczenie idzie dobrze, aż tu nagle … jakaś niespodzianka. A to któremuś z uczestników coś się wybitnie nie podoba i głośno wyraża swoje zdanie. A to grupa zaczyna dyskutować o tym, że to wszystko o czym mowa jest w ogóle niepraktyczne. Poza tym jedno z ćwiczeń nam się znacząco przedłuża i już wiemy, że nie starczy nam czasu na zrealizowanie całego programu. Pojawia się stres. Krytyka zaczyna wybijać nas z rytmu, dyskusja się rozjeżdża, przyśpieszamy tempo, rezygnujemy z dokładnych instrukcji, albo w ogóle rezygnujemy z ćwiczeń i po prostu lecimy z teorią, żeby zdążyć wszystko omówić. Przerwa? Szkoda czasu… Musimy dobić do końca, wysiedzą jeszcze te dwie godziny. Wybija 16.00. Padnięci odhaczamy realizację programu. Tylko uczestnicy tacy dziwni … jakby jacyś średnio zadowoleni i zmarnowani. Hmm…
Cel szkolenia zawsze powinien nas prowadzić, a na sytuację na sali zawsze trzeba reagować elastycznie. Program, to pewien pomysł na realizację celu, ale jeżeli na placu boju okazuje się, że nie można tego planu zrealizować, to po prostu zorganizujmy tą pracę inaczej nieco inaczej niż wstępnie zakładaliśmy.

Silna chęć przekonania ludzi do czegoś
To jest naprawdę sprawdzona technika negocjacji, musicie spróbować, naprawdę warto… Który z trenerów nie wpadł w pułapkę naprawiania ludzi i świata? Zagłębiając się w konkretny temat stajemy się powoli nie tylko specjalistami, ale też wyznawcami pewnych idei. Niestety początkujący trenerzy często nie widzą świata poza teoriami, które mają przekazywać dalej. W pewnym momencie wydaje im się, że znaleźli sposób na wszystkie bolączki i nie przyjmują do siebie żadnej krytyki. Gdy uczestnicy wyrażają niechęć do nowych idei, trenerzy dwoją się i troją, żeby udowodnić słuszność swoich racji. Gimnastyka w tym temacie jednak często niewiele pomaga, a powoduje tylko zmęczenie trenera i opór po stronie uczestników. Warto odpuścić, wrzucić na luz i otworzyć się na perspektywę ludzi, z którymi mamy do czynienia.

Zbyt duża ilość treści do przekazania
Więcej nie zawsze znaczy więcej, ale… i do tego wniosku trenerzy dochodzą na własnych błędach. Osiem godzin szkolenia i 180 slajdów na prezentacji. Uczestnicy po tym czasie ledwo zipią, prowadzący ledwo mówi, a po szkoleniu uczestnicy wychodzą z ołówkiem i smacznym obiadem. A w głowie zostaje … niewiele 🙂

Personalne traktowanie tego, jak zachowują się uczestnicy
Bawi się telefonem, pewnie mu się nie podoba…
Gadają między sobą, pewnie mówią o mnie…
Ten z lewej strony, cały czas bazgrze po kartce, zupełnie mnie ignoruje.
Widzimy to, co chcemy zobaczyć. Przy słabej pewności siebie, małej wierze w swoje umiejętności trenerskie (co na początku trenerskiej drogi jest częste) każdy ruch na sali szkoleniowej możemy interpretować, jako potwierdzenie naszych kiepskich założeń na nasz własny temat. Ta lekcja jest szczególnie ważna do odrobienia. Z biegiem czasu, z każdym kolejnym doświadczeniem na sali szkoleniowej uczymy się, że nie jesteśmy centrum wszechświata, że ludzie nie myślą tylko o nas, a nasze szkolenie nie jest dla nich najważniejszym elementem życia, bo … mają rodziny, własne sprawy, trudne sytuacje w pracy lub niezałatwione tematy, które zaprzątają im głowę. Albo po prostu, mają słabszy dzień. I nie ma to nic wspólnego z tym, co mówimy, jak mówimy i z tym, że coś jest z nami nie tak.

Potyczki słowne
Czyli tak zwana walka kogutów. 
– To wszystko się nie sprawdzi w naszych realiach.
– Ale skąd wiesz, skoro nawet nie spróbowałeś?

– Po prostu wiem, ile mam na co czasu w pracy i na to na pewno nie znajdę.
– Wydaje mi się, że jesteś uprzedzony i, że trochę przesadzasz.
– Ja? Ja po prostu jestem realistą. Z resztą, kim Ty jesteś, żeby mnie oceniać?
(…) I tak dalej.
Łapanie uczestników za słówka, pokazywanie swojej wyższości, ignorowanie obaw i potrzeb ludzi … to wszystko może prowadzić do nieprzyjemnych słownych pojedynków na sali szkoleniowej. Emocje w takich dyskusjach mogą sięgać zenitu, grupa czuje się zdezorientowana, bo oto na ich oczach trener udowadnia uczestnikowi jakąś swoją rację. Stają się świadkami pojedynku, co wcale nie musi ich cieszyć. Wręcz przeciwnie, burzy to zaufanie do trenera, obnaża jego słabe strony i pokazuje brak umiejętności panowania nad sobą.

Używanie bardzo specjalistycznego słownictwa, niejasne formułowanie myśli
Czyli tak zwane Ą, Ę 🙂 Początkujący trenerzy bardzo często próbują zakrywać swoje braki w poczuciu własnej wartości poprzez używanie słów, które brzmią mądrze i dostojnie. Wiecie chyba o co mi chodzi? O te sytuacje, w których mówimy o trójkącie Karpmana, zasadach wpływu społecznego, neurolingwistycznym programowaniu bez słowa wyjaśnienia o co chodzi w tych pojęciach.

Gwiazdorzenie
Czasami (mimo zjedzenia snickersa do kawy) początkujący trener kreuje się na kogoś kim nie jest, bo myśli, że musi. Często przeczytał w książce o autopromocji, że tak trzeba i, że pod żadnym pozorem nie może mówić, że jest początkujący, że dopiero zaczyna, bo to absolutne burzy jego autorytet. Więc bidulek chwali się tym, gdzie on nie był, czego nie widział i jakiego to on nie ma doświadczenia. Często trochę wbrew sobie, no ale kazali. Nie trzeba „gwiazdorzyć”, żeby zacząć. Z moich doświadczeń wynika, że autentyczność i bycie prawdziwym to znacznie lepsi kompani na początku trenerskiej drogi.

Zbyt duża ilość żartów lub zbyt duża powaga
Początkujący trenerzy czasami w obliczu stresu idą w skrajności. Gdy dzieje się coś niepokojącego, próbują załagadzać sytuację mało śmiesznym żartem lub z drugiej strony, zupełnie nie chwytają humoru grupy i z poważną miną podchodzą do rozbawionych uczestników. Nie ma co się silić na to, żeby wszyscy nas lubili, ale też nie trzeba się totalnie wycofywać. Dystans do siebie mocno pomaga. Po pewnej ilości godzin spędzonych na sali szkoleniowej żarty sytuacyjne sypią nam się same z rękawa i uczymy się, kiedy potrzebna jest powaga i skupienie, a kiedy można sobie pozwolić na małe rozluźnienie.

 

Designed by Freepik
Designed by Freepik